teatralny.pl / Łukasz Drewniak

To już chyba coś więcej niż tylko moda. Ludowość dla hipsterów. Słoiki w poszukiwaniu zagubionej tożsamości plebejskiej. Młode pokolenie nie tylko polskiego offu przyduszone smogiem, szkłem, betonem, plastikiem, no i oczywiście polityką zaczyna patrzeć w przeszłość, gmera w niej pedantycznie, przygląda się w zdumieniu i olśnieniu folklorowi wiejskiemu i miejskiemu.

Można zapytać, po co im taka identyfikacją ze światem retro, archetypem i rudymentem, przebieranki w kaszkiety i pumpy, kierpce i giezła? Akurat teraz z pomocą teatru? Prawdopodobnie to ruch wyprzedzający kolejne zawłaszczenia tożsamościowe wychodzące z prawej strony polskiego społeczeństwa. Wzięli dworki i powstania, wzięli styropian i ludzi z lasu. Póki co chłopów i roboli się boją, brzydzą się nimi i wstydzą się tych wszystkich polskich dziadów. Niech więc to będą nasze korzenie. Nasza przestrzeń wolności. Wielkomiejska młoda inteligencja podaje rękę wykluczonym i pogardzanym z przeszłości. Szuka prawdy o nich w pieśni, obyczaju i tańcu. Wychodzi poza stereotyp o bezwolnych ciemnych masach, harujących na polu i w fabryce, łatwych do zmanipulowania katolicką lub patriotyczną propagandą. Zakłada tę plebejskość jak kostium teatralny, rekonstruuje w teatrze z sensem, perfekcją i uporem, jakich, na przykład, rekonstruktorzy rzezi wołyńskich mogliby im pozazdrościć.

Warszawski Teatr Pijana Sypialnia zaczynał, o ile pamiętam, od fascynacji dziewiętnastowiecznymi konwencjami teatralnymi, na poważnie sprawdzał dziedzictwo teatru rybałtowskiego, eksperymentował z wodewilem i wszystkimi umarłymi stylami gry aktorskiej. Trup sceniczny nasycony młodością i witalnością wykonawców musiał ożyć i uwodzić na nowo. Bo był świadomie nie z tej epoki, anarchicznie tradycjonalistyczny, wbrew i na przekór. I przez to był świeży i niecodzienny. W ich spektaklach pieśni ze starych śpiewników płynnie przechodziły w utwory z przedwojennych podmiejskich list przebojów, festynów i wesel. A potem Stanisław Dembski odkrył dla siebie polską ludowość i został Mirą Zimińską-Sygietyńską polskiego offu.

Tak, oglądając na Białołęce nową premierę Pijanej Sypialni, miałem wrażenie, że to odmłodzony i zliftingowany Zespół Pieśni i Tańca „Mazowsze” szarpnął się na adaptację Wesela Wyspiańskiego. Na scenie 120 wykonawców: 50 aktorów-tancerzy, 20 chórzystów, 50 muzyków. Z Pijanej Sypialni wypączkował Zespół Wokalny, Filharmonia i „balet” Woda Na Młyn. A żeby było dziwniej: ten tłum na scenie i dźwiękowy harmider ogarnia absolutny reżyser-debiutant Sławomir Narloch. Kiedyś miał w spektaklach Dembskiego specjalizację – wisus z Powiśla, teraz dyryguje scenicznymi masami jak, powiedzmy, Reinhardt z Meyerholdem. Chyba nigdy nie zdarzyło się za mojego życia w polskim teatrze, by młody reżyser debiutował z większym rozmachem. Chwilami ma się wrażenie, że w Białołęce tańczy i śpiewa cała młoda Polska. „Nasza” młoda, a nie „tamta”. Że zmieścił się tu cały Teatr Wielki i Narodowy w juniorskim składzie galowym.

Młody reżyser wtłacza pod ciśnieniem do rozśpiewanej chaty zbiorowe tańce i skandujące chóry. Nie chodzi tu jednak tylko o szaloną skalę przedsięwzięcia (zdumiewającą nie tylko dlatego, że to w końcu off – z definicji biedny, piwniczno-strychowy, wyciszony) ani nawet o logistykę. Narloch bezceremonialnie i odważnie przerabia Wesele. Kondensuje postaci, tekst, sytuacje. Interesuje go bardziej zbiorowość niż indywidualności. Pieśń niż dialog. Taniec wygrywa z ciszą. Muzyka porywa aktorów, aktorzy zrywają poezję, chór przykrywa bohaterów. Na scenie wir, kłębowisko, żmut. Ale nie wątków z historii literatury i teatru, tylko młodych twarzy i nadziei. Do tego Wesela wchodzą ludzie z prawie niezapisanymi kartami życia i nie z tradycją ról z tej sztuki grają, tylko z rówieśnictwem i teraźniejszością. U Narlocha wariuje jakieś magmowate Teraz. Mamy wrażenie, że może i Wyspiański napisał co nieco wcześniej, ale na pewno w takiej formie Wesele objawia się pierwszy raz dziś, w tej chwili, w czasie prezentacji spektaklu.

Na scenie dzieje się dużo i równocześnie. Energia wykonawców, tłumu tancerzy i muzyków, rozpycha detale po kątach. Dobitnym dowodem szaleństwa inscenizacyjnego spektaklu jest moment, w którym dyrygent porzuca w połowie widowiska swoją orkiestrę i przedziera się na scenę, żeby zatańczyć kujawiaka, mazura czy krakowiaka. Zbiorowość go pożera, znika w niej, wirując z innymi. Ale orkiestra gra dalej, mocno, równo, bo nawet jeśli to Titanic, to tak pięknie tonie. Jak Polska. Nie wiem, kiedy dyrygent wrócił na swoje miejsce, wiem, że Narloch stał w chórze, na scenie po lewej stronie, obok Dembskiego i obaj darli się razem z innymi aktorami.

W pewnym momencie, tuż po uwerturze, z chóru odskoczył chudy, wysoki, brodaty chłopak i wrócił, już przebrany w showmańską marynarkę, głównymi wrotami prowadzącymi na scenę. To właściwie jedyny stały element scenograficzny - drzwi z zaświatów, brama z dawnej do dzisiejszej Polski. Pod ścianami stoją rzędy pustych butelek. Resztę dekoracji utworzą aktorzy-tancerze ze swoich ciał. Wyobrazimy sobie miejsca i przedmioty w ich ruchu, będą ulepione na chwilę z kolorów i słów. Sebastian Słomiński jest wodzirejem tego Wesela. Gra naraz Chochoła i Poetę, Jaśka i Dziennikarza, Wernyhorę i Rycerza. Jakby dostał do ręki wszystkie specjalne uprawnienia wielowymiarowych bohaterów Wyspiańskiego, tych od gestów granicznych i ożywiania symboli. U Narlocha ten podejrzany, upiorny mistrz ceremonii steruje gromadą, przepytuje ją, uruchamia, stale biega po scenie, czegoś szuka, pogrywa z widzami. Duch i artysta w jednym. Tandeciarz i czaruś. Podejrzane indywiduum. Zastanawiałem się podczas spektaklu, czy to on uruchamia taneczne wiry na scenie, czy raczej taniec jest odpowiedzią gromady na jego zakusy, na jego władzę nad nimi?

Drugi fenomenalny pomysł Narlocha to koncepcja odwiedzin o północy. W jego spektaklu jako duchy przychodzą wyłącznie kobiety, realne bohaterki tamtego, prawdziwego Wesela: Marysia, Maryna, Haneczka, Rachela. Pojawiają się nagle pośrodku gromady ze strzępem dialogu ze sztuki, wyznaniem, tęsknotą. Ten jeden zabieg pokazuje naszą odległość od pierwowzoru, drogę, jaką przebyło Wesele, stając się mitem polskiego teatru i literatury. Duchy z Wyspiańskiego zniknęły, a ich miejsce zajęły szukające miłości dziewczyny, sportretowane w tamtą bronowicką noc. Nieuchwytne, niedzisiejsze, nie sposób im pomóc. Jakby zmultiplikowane Zosie z Dziadów. Tylko że po nowoczesnemu pyskate, silne, złośliwe. Potencjalne święte Czarnych Marszy.

Pijana Sypialnia chce czytać Wesele jako dramat o miłości, dla której obrzęd zaślubin – wspólnej zabawy ukrywającej rytuał przejścia – może być kluczowym egzaminem, pierwszym momentem zawahania. Czy to ma sens? Bo to nie są tylko zaślubiny z drugim człowiekiem, ale i ślub z całą gromadą obcych-bliskich, ze społeczeństwem, z Polską. W jednej z wirujących scen Ksiądz udziela sakramentu kilkunastu parom dobranych lub niedobranych tancerzy, a oni odpowiadają mu frazami Pana i Panny Młodej. W innej – aktorzy wykonują współczesną przyśpiewkę o płodzeniu dzieci za stówki od państwa. Co jest prawdziwym gestem wspólnotowym z drugim człowiekiem, a co pijackim transem? I kto kogo poślubia naprawdę, a kto komu usługuje w tę noc przełomu? Narloch dzieli roztańczonych aktorów na grupę biesiadników i kelnerów i od razu temu podziałowi przeczy, podważa go. Młodzi mają usługiwać młodym? Guzik! W paru momentach to kelnerzy zawłaszczają zabawę dla siebie, korzystają z okazji. Dwie Polski, które spotkały się ze sobą u Wyspiańskiego, na pierwszy rzut oka w spektaklu Pijanej Sypialni wyglądają tak samo. Obie są młode, głodne życia, pozbawione agresji, choć pojedynkują się na pieśni o spotkaniu Matki Boskiej Częstochowskiej z Matką Boską Ostrobramską. Dwie dziewczyny wyłaniają się z tłumu, mają na głowach maluśkie papierowe korony z łowickich wycinanek, ale noszone jak toczki, a nie insygnia władzy. Składają ręce do modlitwy w tańcu, kłaniają się sobie nawzajem, są adorowane, bije od nich blask złota i srebra, kroczą dostojnie pod baldachimami z folii, jaką rozdaje się maratończykom po biegu. A chór śpiewa tak, że zlepiają się tytuły i imiona: „Często-bramska” i „Ostro-chowska”. Przśmiewczy kult zmienia się w poważne Dada.

W finale spektaklu Chochoło-Poeta Słomińskiego staje się telewizyjną wróżką Wernyhorą. Można do niej dzwonić jak do wróża Macieja lub panów z programu w Tyle wizji. Słomiński pyskuje i kpi z głosów i żądań telefonujących. Paroma zagrywkami pod publiczkę pokazuje, że zło i nienawiść przenika do scenicznego świata w spektaklu właśnie z naszej rzeczywistości, od nas, z widowni. Świat teatru jest czysty – młody, naiwny, autentyczny. Polityczny w tym sensie, że broni się przed polityką, bluzgiem, hejtem. Odpowiada, jak umie: szpilką ironii, aluzją, przesadą. My chcemy wyżej, mądrzej i piękniej – zdaje się mówić Pijana Sypialnia – nie ściągajcie nas w dół. Nie mieszajcie w wasze brudne sprawki, bo umiemy odpowiedzieć. A wtedy zaboli.

Wesele Sławomira Narlocha posiada również, tak jak prapremiera dzieła Wyspiańskiego, aspekt wydarzenia towarzyskiego. Tego dnia zjechała się do Białołęki la toute-Varsovie, a przynajmniej pół Akademii Teatralnej, żeby zobaczyć kolegów-aktorów, kolegów-studentów. Zgłębić fenomen mądrego teatru zabawowego, ściągnąć pedagogów, artystów i hipsterów w jakieś podstołeczne chaszcze – to już jest spory wyczyn. Uwieść ich śpiewem i tańcem to przy tym betka.

Pijana Sypialnia podbija pijaną Warszawę.


Źródło: www.teatralny.pl