"GAZETA WYBORCZA" / WITOLD MROZEK

Wsi spokojna, wsi wesoła! Jeżeli na scenie dawno nic was nie zaskoczyło, poznajcie Teatr Pijana Sypialnia.

Widowisko "Łojdyrydy" grane w podziemiach knajpy Skwer przy Krakowskim Przedmieściu wygląda, jakby młodzież z zespołu Mazowsze postanowiła zrobić ironiczny spektakl o tym, jak widzimy wieś, jak się robi folklor i co robi się z folkloru. Niespodziankę z pogranicza współczesnego kabaretu i archaicznej śpiewogry. Nie dajcie się zwieść początkowej zabawie w teatr cieni i makijażowi jak ze szkolnego przedstawienia. Dystans, poczucie humoru i charyzma aktorów Pijanej Sypialni zaskoczą was podczas tego wieczoru wiele razy. Występują młodzi i liczni wykonawcy.

Początkowo stereotypowa święta wojna między dwoma wioskami przeradza się w coraz bardziej wysublimowaną ironię. To nie kpiące obrazki z prowincji, odegrane przez warszawską złotą młodzież. Raczej kpina z takich obrazków, świadoma tego, skąd większość mieszkańców krainy nad Wisłą się wywodzi.

(...) Ich praca nadaje pojęciu "teatr niezależny" nową jakość. Ciekawe w czasach, gdy asekuranccy dyrektorzy teatrów i szczuplejące budżety coraz częściej wypychają uznanych teatralnych reżyserów właśnie w przestrzeń alternatywy.

Ekipa Pijanej Sypialni wydaje się trochę niedzisiejsza. Na scenie jest przede wszystkim zespołem - gromadą. Nie ma tu indywidualnego gwiazdorzenia. W ich sztuce króluje gra z prostym rekwizytem, zgrzebne kostiumy, wyraziste miny. Z drewnianych skrzynek potrafią wyciągnąć więcej, niż się spodziewacie.

Grupa prowadzona przez reżysera Staszka Dembskiego robi swoje przedstawienia bez viralowej promocji i hipsterskiego sznytu, a materiały informacyjne ma odbite na ksero. Nie ma w tym jednak ani naiwnej egzaltacji, ani konserwatywnego marudzenia, z którego znamy różnych obrońców teatralnych Okopów św. Trójcy.

Wystarczy przyjść na "Łojdyrydy", by się przekonać, że Pijana Sypialnia to żadna cepeliada. Mówi o rzeczach jak najbardziej dzisiejszych. Nie zabraknie więc kpin z tzw. grantozy - pisania wniosków o pieniądze na "projekty" w "innowacyjnej" nowomowie. Czyli dnia codziennego nie tylko artystycznej młodzieży od lat 20 do co najmniej 50, ale i coraz szerszej grupy zupełnie nieartystycznych ludzi bez stałej pracy. Zamiast zajęcia oferuje się im napisanie biznesplanu i cierpliwe czekanie na parę tysięcy dotacji. Do rozliczenia.

Efektem przyjazdu do wsi wystylizowanych specjalistów od kreatywności będą więc biznesowe pomysły na nowoczesną ludową rozrywkę w wydaniu fusion. Joga słowiańska u wiejskiej szeptuchy to dopiero początek. Bo jeśli kultura ludowa ma być "autentyczna", to trzeba tę jej autentyczność jakoś wytworzyć. A tak wytworzony produkt - sprzedać.

Ale "Łojdyrydy" nie tylko zabawnie podaje stwierdzenie tyleż proste, co smutne, że spece od marketingu zagarnęli już prawie każdą sferę życia. Jest też komentarzem do renesansu fascynacji ludowością, przyglądającym się temu zjawisku tyleż z empatią (posłuchajcie tych pieśni! - oni naprawdę umieją śpiewać), co z ironią (...).


Źródło: www.warszawa.wyborcza.pl