TEATR DLA WAS / SZYMON SPICHALSKI

POLDYSEJA

Do Pijanej Sypialni można podrzucić czwartego szampana… Zespół pod kierownictwem Stanisława Dembskiego obchodzi bowiem swoje kolejne urodziny. Jego działalność jest w pewnym sensie fenomenem – grupka młodych ludzi zaczynała jako anonimowa trupa, która po kilku latach objeżdża rozmaite festiwale, zdobywa liczne nagrody (m.in. na OFTS-ie); w jej skład wchodzi blisko sto osób (w tym Filharmonia Pijanej Sypialni). Dodatkowo wiele mówi fakt, że ekipa, w której nikt nie pochodzi ze stolicy, zrobiła jedno z najciekawszych przedstawień poświęconych stołecznemu miastu - "Wodewil warszawski”. Ansambl nadal grywa w wynajmowanych miejscach - dotychczas były to m.in. Kicia Kocia czy Skwer; co będzie dalej? Czas pokaże. Chapeu bas i powodzenia na przyszłość.

Póki co miała miejsce premiera "Latarnika”. Zapewne chodziło o nawiązanie do Roku Sienkiewiczowskiego, ale autora "Trylogii” jest tutaj stosunkowo niewiele. Sławomir Narloch potraktował słynne opowiadanie jako punkt wyjścia dla własnego scenariusza. Tematyka odnosząca się do kraju nad Wisłą pozostała – a i miejsce grania przedstawienia wybrano nieprzypadkowe. Gmach dawnego Banku Polskiego jest jednym z nielicznych ocalałych budynków przedwojennej Warszawy, stanowiąc niejako pewien symbol trudnych przejść i stołecznej wytrwałości.

W reducie Banku zbudowano skromną scenografię: dwa częstokoły ustawione z mat i sześć krzesełek. Pojawia się szóstka aktorów, którzy trzymają w dłoniach kartki. Przypominają dziennikarzy przygotowujących program. Twórcy zachowali kilka pierwszych akapitów z "Latarnika”, na których budują sprawne muzyczno-ruchowe oratorium: rozpisują na kilka głosów komunikat o śmierci stróża z Aspinwallą, przerzucają między sobą zdania o Zatoce Moskitów, ławicach i zaspach. Swoje rozwinięcie zyskuje ono po przybyciu Skawińskiego – kiedy latarnik próbuje coś powiedzieć, rozbrzmiewa dźwięk fagotu. Wtedy rolę jego "tłumacza” pełni Sebastian Słomiński.

Z "Latarnika” przeskakujemy do "Legendy żeglarskiej” – opowiadania Sienkiewicza, ale z ducha Conrada. Siódemka grających przybliża widzom wizję rejsu statku "Purpura” przez bezkresne morza, której towarzyszy pięknie zagrany przez Filharmonię walc wiedeński. W wyniku zaniedbań żeglarzy (aktorzy ilustrują to zgrabną choreografią) okręt zaczyna tonąć. Tuż po efektownym wykonaniu "Po morzu” Karłowicza, słyszymy marsz Radetzky’ego i padają głośne słowa: "Jeszcze Purpura nie zginęła!”.

Od tego momentu Sypialniane uniwersum zaczyna skręcać w stronę nieco szalonej gry wyobraźni, za pomocą której twórcy próbują zajrzeć w zakamarki polskiego ducha. Wszystko rozgrywa się w otoczce pewnego absurdu i gry z konwencjami. Z jednej strony pojawia się satyra polityczna (opowieść o faraonie i jego kocie… tfu, na odwrót!), z drugiej ironiczne operowanie pewnymi symbolami. Seksowna Syrena (Dorota Ptaszek) mówi wymownym wierszem, a w barze "Baobab” spotykają się znane Sienkiewiczowskie postacie. Czują się niepotrzebne, dlatego zapijają smutki drinkami o wymownych nazwach: "obrona Jasnej Góry”, "koktajl z języka Juranda” (na te słowa mdleje Danusia), Staś grozi bronią złaknionemu krwi Lwu. Częstokoły, za jakimi chowają się aktorzy, stają się na chwilę jakby murami Częstochowy, ale ukazanymi w krzywym zwierciadle. Całe przedstawienie Pijanej Sypialni ma być bowiem satyrą na polską mentalność: wieczne narzekanie (życzenia noworoczne w stylu "wszystkiego przytłaczającego”) czy przekonanie o własnej wyższości. Szczególnie efektowna jest ostatnia sekwencja, kiedy anonimowy widz przynosi paczkę z butelką "Pana Tadeusza”. W środku jest jeszcze list od Polaków, którzy rysują wizję idealnego państwa… nieco trzęsącym się ołówkiem.

Po spektaklu w pamięci zostaje energia młodych aktorów, znakomity występ muzyków, świetne partie wokalne z piosenkami – wcześniej wspomnianą "Po morzu”, "Z nową wiosną” Karłowicza i "Złota rybka” Moniuszki. W funkcjonalny sposób zostają wykorzystane niektóre rekwizyty, m.in. gąbkowy makaron do pływania (jako wędka, ryby czy wielbłądzie garby). Kabaretowa konwencja widowiska osuwa się chwilami wręcz w slapstick. Wyśmiewając stereotypy, nie wchodzi jednak głębiej. Cóż, takie prawo wodewilu.

Wszystko to zgrzyta niekiedy pod względem dramaturgicznym: w połowie spektakl robi się momentami niespójny. Romantyczne kompozycje mają się nijak do sekwencji z hasłami reklamowymi. Niepotrzebnie wali się też chwilami z grubej rury (słowa Latarnika o "rzyganiu”), kiedy za pomocą metafor udało się już zbudować znacznie więcej. A jako że ze mnie zapiekły sienkiewiczofil to przypominam, że i na kartach "Trylogii” pada pod adresem Polaków sporo gorzkich słów. Ale to ostatnie zdanie to pewnie moje zwykłe recenzenckie czepianie się. Póki co – jednego "ognistego Nerona” proszę, a na zagrychę niech będzie "Latarnik”!


Źródło: www.teatrdlawas.pl