teatrdlawas.pl / Wiesław Kowalski

Teatr Pijana Sypialnia nie daje o sobie zapomnieć, gra w różnych miejscach Warszawy, nie boi się wstępów plenerowych, gdzie publiczność może siedzieć albo na leżakach, albo na trawie. Ostatnia premiera „Klapsów” miała miejsce na ulicy Szkolnej, w samym centrum stolicy, wykorzystując gościnność bałkańskiej restauracji Banjaluka. I po raz kolejny publiczność mogła przeżyć magiczny wieczór, gdzie psalmowa tym razem muzyka, i jak zwykle sypialniany – bo nigdzie indziej niepowtarzalny - rodzaj żartu, ironii czy groteski, tak dla zespołu charakterystyczny szczególnie w działaniach zbiorowych, porywa nas w podróż rozpostartą między ziemią a niebem, gdzie śmierć straciła całą swoją moc i oddała rząd dusz Chórowi Żałobników Weselnych. Dają więc „Klapsy” wiele okazji do spontanicznego śmiechu, tym bardziej, że aktorzy Pijanej Sypialni obdarzeni są dużymi zdolnościami do jego wywoływania, a także do gorzkiej refleksji na temat naszego życia, w którym bywa nie tylko zabawnie czy uroczo, ale momentami i strasznie, i tragicznie. Wszystko to razem znakomicie w swoim scenariuszu przemieszał w symbolice i obrazach Sławomir Narloch, a wykonawcy podali to w formie strawy pełnej pasji, zjawiskowego zaangażowania, zbiorowej odpowiedzialności za każde słowo i każdy dźwięk, również ten śpiewany. Do tego mając do dyspozycji zaledwie małą estradę - kilka wykorzystanych rekwizytów i siedlisk to doskonały pokaz wyobraźni, która może z najzwyklejszej rzeczy, takiej chociażby jak słoik (z cisowym dżemem, albo bez, mogącym za chwilę okazać się trucizną), że nie wspomnę już o wyplatanych żółtą żyłką fotelach, uczynić element znakomicie oddający całe bogactwo metaforyki i symboliki widowiska, które unurzane jest bez reszty w eksplorowaniu istoty człowieczeństwa i jego związków z naturą, a także z naszym istnieniem w kosmosie.

W swoim najnowszym spektaklu Teatr Pijana Sypialnia wykorzystał – jak podawano w premierowych zapowiedziach – wielkopolską legendę o magicznej gruszy. Grusza to nietypowa, bo uwięziona na niej została Pani Śmierć, co skutkuje tym, że ludzie nie umierają. Nie znaczy to jednak, że w „Klapsach” nie będziemy uczestnikami pogrzebów, styp czy prób samobójczych. A także innych ceremonii czy rytuałów, z którymi postanowiono się przy okazji rozprawić. Realizatorzy stwarzają na scenie – podobnie jak w swoich poprzednich spektaklach - coś, co w formie przypomina widowisko wokalno-instrumentalne zbliżone do oratorium czy śpiewogry, gdzie aktorzy są jednocześnie solistami i uczestnikami chóru – orkiestra usytuowana obok estrady nie tylko im akompaniuje w partiach wokalnych, ale i towarzyszy z pasyjnym lejtmotywem krótkim monologom, czy konwersacyjnym duetom, które niekiedy wyodrębnią się z korowodu czarnych postaci – żałobników. Najczęściej będzie to ON i ONA, próbujący się z niemałym trudem porozumieć w kwestiach nie tylko uczuciowych. Ta teatralna fantazja, z jej absurdalnym światem i jego plastycznością, w głównej jednak mierze swoje wirtuozostwo zawdzięcza działaniom „przelewającej się” po scenie galerii bohaterów, gromadzie, zbiorowości, z której niekiedy uda się wyrwać jakiemuś nieszczęśnikowi, by opowiedzieć czy wykrzyczeć parę słów o sobie, o swoim poszukiwaniu – niekiedy za wszelką cenę – sensu bycia na ziemi, będącej wszak tylko cząstką wciąż pełnego tajemnic kosmosu, albo o tęsknocie za miłością i pragnieniu kochania.

Pełne ruchowej dyscypliny układy w sekwencjach zbiorowych, choć bardzo proste w kompozycyjnym rysunku, znakomicie współgrają z tematem poszczególnych scen i ich korelacją z użytą formą widowiska. Tutaj nie ma mowy o żadnej dysharmonii czy niekonsekwencji. Pod względem formy właśnie spektakl w reżyserii Stanisława Dembskiego jest szalenie przejrzysty, jasny, uporządkowany i klarowny (co nie znaczy, że grzeczny i pozbawiony szalonych wibracji). Z wnikliwością stara się też, bez szkody dla niej, rozczytywać całe bogactwo symboliki tekstu, która zdeterminowana jest wszystkim tym, co dzieje się wokół nas nie tylko w konfrontacji z drugim człowiekiem, ale i z przyrodą, naturą, roślinnością i całym wszechświatem. Aktorzy dzięki temu po raz kolejny mogą uwodzić swoim temperamentem, niesamowitą energią, wrażliwością na partnera, muzykalnością i umiejętnością bawienia się tekstem czy głosem. Zarówno wtedy kiedy zgrupowani są w szyku niczym figury jednego organizmu, jak i wtedy kiedy uda im się opuścić na chwilę ten osobliwy kombinat indywiduów, by zaistnieć nieco bardziej sentymentalnie czy ostrzej wyartykułować swój punkt widzenia. I robią to w sposób naprawdę błyskotliwy, przy tym przewrotnie komentujący to, czego tak naprawdę boimy się najbardziej.


Źródło: www.teatrdlawas.pl